Wczoraj...

Nie mogę w tym miejscu opisać historii mojej hodowli, ponieważ istnieje ona stosunkowo niedługo. Dlatego o historii opowiem może za jakieś 10 lat. Opiszę teraz moją przygodę z dogami ,która trwa od 1999 roku. Krótko? Tak. Można powiedzieć, że tak. Zaledwie kilka lat, ale to lata spełnionych marzeń... Wspaniałe uczucie.

Moje marzenie o posiadaniu doga niemieckiego ziściło się z chwilą gdy trafiła do mnie mała, pręgowana suczka Etra Estatua, w domu mówimy na nią Negra. Od początku wielka miłość, przywiązanie, szczęście, ogromna satysfakcja z posiadania tak pięknej, mądrej i wrażliwej suczki. Potem wystawy, ciekawi ludzie, których tam poznałam. Miłośnicy rasy na których radę i dobre słowo zawsze można liczyć. Pierwsze doże dzieci, nieprzespane noce, podkrążone oczy, wspaniałe doświadczenie. Małe szkraby wyrosły na piękne, zdrowe, rozbrykane dogi i choć jeszcze młodziutkie zaczynają odnosić pierwsze sukcesy wystawowe. Ze mną została śliczna choć zwariowana suczka Flamenco (w domu mówimy na nią Didu).

Podobnie jak jej mama jest chodzącą miłością, lecz o nieco mniejszej wrażliwości. Taka szalona suczka, która od razu wykonuje to co jej przyjdzie do głowy, a jest skarbnicą pomysłów. Niestety często nie do końca przemyślanych. W jej zachowaniu jest coś co sprawia, że człowiek, choćby bardzo zmęczony ciężkim dniem śmieje się do niej, a może z niej, nieważne. Jest rozbrajająca i w tym tkwi jej urok.

I tak w dość krótkim czasie stałam się właścicielką dwóch dogów niemieckich i hodowcą tej wspaniałej rasy. Niedługo urodzą się kolejne maluchy z przydomkiem Korona Borealis, nie mogę się już doczekać. Żałuje tylko, że na razie nie mogę zostawić w domu kolejnego psiego dzieciaczka, obserwować jak się rozwija, rośnie... Jak nawiązuje się między nami więź, która z dnia na dzień jest coraz mocniejsza. Wszystko przede mną, może kiedyś napisze, że jestem właścicielką trzech dogów...

Nie wiem o czym mogę jeszcze opowiedzieć, trudno mówić o sobie, o swoich przeżyciach. Napisze jeszcze o radości jaką czuję wracając do domu, o szalonym powitaniu, o spacerze na którym odpoczywam, nawet po najcięższym dniu. Mogę również opowiedzieć o znaczkach na ścianach i o mnie ze ścierką w ręku, kiedy staram się te śliniane wzorki wyczyścić zanim zobaczy to moja rodzina, która i tak przejawia dużo cierpliwości. O cieście drożdżowym, które nawet na lodówce nie było bezpieczne, a moje psy już bez apetytu przystępowały do kolacji gdzie podano tylko suchą karmę. Porównując do ciasta upieczonego przez moją babcię nie można się dziwić. Są też psie włosy, które jak igiełki wbijają się w ubrania i naprawdę ciężko je usunąć. Jest też wielka miłość, przyjaźń i przywiązanie, które dog jak żadna inna rasa może zaoferować swojemu właścicielowi. Dlatego warto jest przymknąć oko na jego wady i rozkoszować się jego walorami i psim kochanym wielkim sercem, które dog w całości powierza swemu panu.

Mam nadzieję, że ludzie którzy odwiedzają tą stronę widzą w tym wspaniałym psie więcej zalet i czytając ten tekst uśmiechają się znacząco. Oglądając zdjęcia podziwiają jego harmonijną budowę i elegancje, chcą poznać bliżej tą rasę, a Ci którzy ją znają kiwają twierdząco głową, oni wiedzą jak wyjątkowe są to psy.

Tacy ludzie są tu zawsze oczekiwanymi i mile widzianymi gośćmi.

 

Dziś...

Minęło kilka lat... I jak to w życiu bywa wiele się zmieniło... Nie ma już z nami Negry... Odeszła od nas po cichutku w pewną letnią, ciepłą noc... Teraz szukam jej: tej pierwszej, wymarzonej... Szukam, w córce i wnuczce... I znajduję... W oczach Halucynacji - jej pełne wiary spojrzenie. I miłość - w duszy Flamenco...

Flamenco wyrosła na wspaniałą sunię, dojrzałą, pełną mądrości i godności. Więzi, która nas łączy nie sposób opisać... Może to miłość?... Ta prawdziwa, którą pies obdarza człowieka, a człowiek odwzajemnia?... Tak, to chyba właśnie TO. Bo przecież żadne stworzenie w moim domu, nie kochało mnie tak mocno jak ona... Dwukrotnie rozświetliła moje życie szczeniętami, małymi urwisami, które przewróciły mój świat do góry nogami. Raz jej wybrankiem został PAN von Schloss Laupheim. Za drugim razem pies, do którego przejechaliśmy łącznie ponad 5000km - ORION - F di Tor Lupara.

Z tego ostatniego skojarzenia jest właśnie Halucynacja, w domu nazywana Ciuka - Luka. Teraz to ona jest domowym rozbrykusem, kopalnią szalonych pomysłów, słonkiem na pochmurne dni i pocieszycielka smutnych dusz. To ona daje mi energię do ciagłego parcia na przód, do pokonywania przeszkód, do
zdobywania gór...